Jako że obszernych i niemalże kompletnych relacji z tegorocznej edycji OFF Festivalu powstała już cała masa to uznałem, że nie ma sensu się z nimi powtarzać. Wnioski mam zresztą podobne – tegoroczna edycja faktycznie była jedną z najlepszych i najbardziej wyrównanych – zarówno pod względem organizacyjnym, jak i przede wszystkim muzycznym. Brak „gwiazd” też miał na to wpływ, bowiem od zawsze było to miejsce w którym najlepiej poznawało się nowe muzyczne twory i artystów, których najbardziej łączy to, że powitanie z publicznością zaczynają od przypomnienia, iż w Polsce są po raz pierwszy. I owszem, piękna pogoda też miała w tym swój udział, a samo miejsce w którym odbywa się impreza jest na tyle magiczne, że chce się tam po prostu wracać. W tym miejscu zresztą polecam relacje Bartka Chacińskiego,  DJ Morgan z radiostacji KEXP, Tomka Doksy czy Sama Walker-Smarta z Clash Music Magazine. Zdecydowanie bardziej wyczerpują temat niż moje post-scriptum, które stanowi bardziej zbiór „momentów” i odczuć związanych z występami poszczególnych wykonawców. Takie trzy grosze jako bonus do obszerniejszych, zalinkowanych powyżej recenzji festiwalu i bardziej osobiste spojrzenie na to, co tam się działo.

IMG_20170816_132048

Shame – koncert podczas którego dotarło do mnie – „hej, znowu jesteś na OFFie” – i zacząłem na poważnie ładować akumulatory i cieszyć się atmosferą tego festiwalu. Występ niby z gatunku tych, wiele już było podczas wszystkich edycji – grupa z Wielkiej Brytanii, jeszcze bez płyty, za to ze świetnymi piosenkami, chęciami i ogromną energią. Do tego niezwykle charyzmatyczny wokalista – trochę taka kibolska, niegrzeczna wersja Iana Curtisa (albo po prostu piękniejszy Mark E. Smith) – z którego na scenie wychodził niezły zwierz i dla którego największym problemem nie był sam występ, a ciągle opadające spodnie. Trochę śmieszkuję, ale koncert był jak najbardziej odegrany na serio –  bardzo punkowy, energetyczny, szczery i przez to stanowiący dobrą zapowiedź dla klimatu całej tej edycji. Nadchodząca płyta do obadania obowiązkowo, bo ten miks punku z jego nie tak dalekim kuzynem z przedrostkiem post, zagrany został naprawdę dobrze. Szczególnie jeśli ktoś jest fanem grup pokroju Eagulls, Sleaford Mods czy występujących zaraz po Shame chłopaków z Idles.

sdr

Łoskot – to z kolei koncert z gatunku tych, podczas których możesz po prostu…. odpocząć. Park w którym odbywa się OFF jest przecież w samym założeniu takim miejscem – pełno tu drzew, trawników, a przelatujące z niedalekiego lotniska samoloty zamiast straszyć, raczej uspokajają i zachęcają do tego, by rozejrzeć się wokół. A gdy jeszcze obok tego wszystkiego ze sceny słyszysz dźwięki reaktywowanej grupy z trójmiejskiego, yassowego podwórka? Czego chcieć więcej. Dodam tylko, że występ był zdecydowanie spokojniejszy niż to, co możemy usłyszeć chociażby na płycie „Śmierdzące Kwiatuszki” (też stanowiącej zapis gry na żywo, ale z 1999 roku), aczkolwiek nie jest to zarzut. Było może i mniej szalenie, ale nie mniej ciekawie. Czyli leżymy i kontemplujemy, nie ma mowy o spaniu.

sdr

Feist ­– to z kolei występ z gatunku tych pozytywnych zaskoczeń. Przesłuchując przed samym festiwalem wyrywki z jej twórczości podskoczyłem chyba tylko raz – słysząc utwór „Feel It All”. A i to też jedynie dlatego, że po prostu skojarzyłem prosty motyw klawiszowy, który od razu wpada w ucho, a który pojawił się w reklamie kawy w polskiej telewizji. Na żywo to jednak zupełnie inna bajka. Co prawda w licznych relacjach samych fanów doczytałem się, że większość materiału odegranego na koncercie stanowiła ostatnia płyta (a podobno te pierwsze  lepsze), to nie było mowy o przynudzaniu – bardzo sympatyczny kontakt z publiką, wieczny uśmiech na twarzy, rozładowywanie atmosfery w trakcie nastrajania instrumentu i przede wszystkim przybrudzone brzmienie zarówno gitary, jak i wokalu. Zarzut w postaci lekkiego przeprodukowania kompozycji na ostatnim albumie, który trapił mnie przed koncertem, nie miał w trakcie jego trwania racji bytu. Kolorowo, radośnie, ale z pazurem.

sdr

Shellac – a tutaj z kolei mamy do czynienia z sytuacją, gdzie ogromne oczekiwania zostają spełnione. Nie ukrywam, że dla mnie był to jeden z nielicznych koncertów, na które tak naprawdę czekałem – resztę chciałem dopiero poznać i ocenić stopień zainteresowania na miejscu. I był to występ genialny. Poziom zgrania, budowania napięcia oraz hałasu jaki potrafi na scenie wytworzyć zespół dysponujący takimi, jednak skromnymi środkami i oszczędnym brzmieniem, jest czymś niesamowitym. Przewrotne jest to, że w trakcie koncertu w którym mamy do czynienia z tak „monotonnymi” dźwiękami nawet na chwilę nie ma mowy o nudzie i który poprzez swą hipnotyczną aurę przykuwa wzrok i słuch od początku do końca. Duża w tym zasługa umiejętności przejścia od bardzo poważnych tematów (również muzycznych), do tych bardziej wyluzowanych (także w w kwestii grania). Lepszy byłby tylko koncert Electric Light Orchestra bądź Thin Lizzy 😉

sdr

Batushka – czyli coś, co bardziej idziesz zobaczyć niż posłuchać, a zostajesz dłużej niż planowałeś, bo stoisz i wryty patrzysz na to, co dzieje się na scenie. A działo się dużo, o czym zresztą wiadomo było już przed występem. Ale co innego czytać, a co innego widzieć. Spektakl Batushki pod tytułem odprawienia prawosławnego/cerkiewnego nabożeństwa w black metalowej oprawie to coś, co zapamiętam na długo. Szczególnie, że sama muzyka bezpośrednio współgra ze scenografią. Płyty „Litourgiya” i scenicznego spektaklu nie odczytuję jako wymyślonej i nastawionej na kontrowersje pozy, a po prostu jako część stylu obranego przez grupę. Chociaż z drugiej strony ciekaw jestem brzmienia kolejnego albumu, o ile taki zostanie kiedykolwiek nagrany. Póki co, jeśli będziecie mieć okazję, to polecam zmierzyć się z zespołem na żywo – chóralne, kościelne zaśpiewy ubranych w religijne szaty muzyków, a gdzieś obok najwyższy kapłan, dla którego growl to najlepszy sposób na przekazanie homilii. I to wszystko w blasku kościelnych świec. Pięknie obrazoburcze, interesujące muzycznie.

dav

Noura Mint Seymali i Janka Nabay & The Bubu Gang – czyli dwie największe folkowe (?) imprezy na scenie eksperymentalnej drugiego dnia festiwalu. Kto był rok wcześniej na OFFie na pewno pamięta Ata Kaka i jego koncert życia (również dla niżej podpisanego) na tej samej scenie. Organizatorzy poszli chyba tym tropem, bo w tym roku co prawda króla nikt z tronu nie strącił, ale jednocześnie nie było się czego wstydzić i zarówno Noura Seymali jak i Janka Nabay są godnymi następcami arcypozytywnego Ghańczyka, przez którego prawie ze sceny pospadały głośniki. Pochodząca z Mauretanii Noura zaczęła nieśmiało, siedząc i przygrywając na tradycyjnym instrumencie ludu griotów – ardin. Z każdą kolejną chwilą stawała się jednak coraz pewniejsza w swoich poczynaniach na scenie, w czym zapewne pomagał odbiór jej muzyki przez publiczność – tańczącą, skaczącą i będącą na każde jej zawołanie. Ten miks muzyki tradycyjnej z bluesem i afrykańskimi rytmami nie mógł się nie podobać. Zresztą podobnie wyglądał Janka Nabay – też wykonujący tradycyjną, rdzenną muzykę swojego regionu (bubu music), ale już w sposób trochę bardziej nowoczesny – w asyście m.in. syntezatora, ale bez perkusji. Janka w przeciwieństwie do statecznej, ale posiadającej przeszywający wokal Nouri postawił na imprezę i taniec wraz z publiką od początku do końca. Mam nadzieję, że ta bardziej folkowa, czy po prostu mająca swe korzenie w muzyce afrykańskiej odsłona sceny eksperymentalnej, to już stały punkt OFF Festivalu i na przyszłych edycjach możemy liczyć na więcej tego typu występów. Szczególnie, że w ich trakcie namiot zamienia się w jedną z najlepszych imprezowni w Polsce – czuliście tę podskakującą podłogę, prawda?

sdr

Preoccupations, czyli jak energia i kompozycje potrafią przebić się przez nieznaczne problemy z nagłośnieniem. Tutaj jest to odbiór dość subiektywny, bo przecież ciężko się czepiać noise/post-punkowego składu, że nie brzmi czysto, ale jednak jakieś problemy z wokalem dało się wyczuć podczas tego występu. Nie zmienia to faktu, że zespół rozkręcał się z minuty na minutę, by w finale popłynąć całkowicie w stronę agresywnej improwizacji. Preoccupations zaprezentowali także utwory z poprzedniej płyty, nagranej jeszcze jako Viet Cong. To właśnie kompozycją Death, rozciągniętą w swojej strukturze dzięki będącemu w prawdziwym transie perkusiście Michaelowi Wallace’owi, zakończyli ten wyniszczający (w jak najbardziej pozytywny sposób) koncert. Zresztą uwielbiam ten zespół za przemycanie w całej tej agresywnej czy po prostu brudnej otoczce naprawdę pięknych dźwięków – tak samo zabrzmiało to i na żywo na przykład w trakcie wykonywania utworu Memory, podczas którego niejednemu przeszły po plecach ciarki. Oby grupa dalej rozwijała się tak jak dotychczas i szybko wróciła do Polski – tym razem niech już jednak nie zmieniają nazwy.

mde

Arab Strap – czyli jak niepozorny Szkot, na którego na ulicy pewnie byś nawet nie zwrócił uwagi, potrafi trafić prosto w serducha i zaczarować cały festiwalowy namiot. Oprócz typowej dla szkockich wykonawców, podskórnie wyczuwalnej melancholii (podobną możemy przecież poczuć w przypadku dokonań Twilight Sad czy We Were Promised Jetpacks) koncert dostarczył przede wszystkim ładnych piosenek w różnorakich aranżacjach – od tych trochę mocniej skoncentrowanych na gitarowym graniu (aczkolwiek odpowiednio zmiękczonych przez ślicznie grającą na skrzypcach Jenny Reeve), po dość infantylnie brzmiące, ale jakże taneczne wstawki elektroniczne. Miło było zobaczyć tak uśmiechnięty zespół, który cieszy się z reaktywacji i w przeciwieństwie do takiego Royal Trux (o których kilka słów poniżej) potrafi dobrze się bawić, oferując jednocześnie niezaznajomionym zachętę do tego, by już po koncercie zapoznać się z pozostałą twórczością grupy.

dav

Made In Poland gra „Martwy Kabaret” – czyli jednokoncertowa (?) reaktywacja, by odegrać klasyczną (?) płytę w swojej dyskografii i wywołać w słuchaczu żal, że ten materiał jest tak niedoceniany. Serio – często w różnych opisach polskich zespołów, relacjach koncertowych bądź recenzjach podkreśla się, jak to smutno i jak przykro, że grupa jest z Polski, bo gdyby grała za granicą, to miałaby stadiony świata u swoich stóp. W zdecydowanej większości brzmi to jak dobry żart i to pomimo bardzo wysokiego poziomu opisywanych wykonawców – bo ile obecnie zespołów zapełnia całe stadiony? Kilkadziesiąt? Kilkaset? A uzdolnionych grup, którym niczego do poziomu powyższych nie brakuje jest pewnie nie kilka, a kilkadziesiąt tysięcy (liczby oczywiście z kosmosu, ale chyba wiecie do czego piję). I to nie chodzi tylko o polską muzykę, tylko tak jest wszędzie. Nie mniej jednak w przypadku Made In Poland czasy i miejsce w których powstał materiał z zagranej na żywo płyty na pewno nie pomogły i akurat w tym przypadku jestem w stanie uwierzyć, że grupa co prawda żadnego stadionu by nie wypełniła, ale spokojnie można by ją zaliczyć do klasyki zimnofalowego/post-punkowego grania w stylu Killing Joke gdzieś z pierwszego/drugiego etapu ich kariery. Tym kompozycjom naprawdę niczego nie brakuje – są i melodyjne i motoryczne zarazem, gitara rozmywa się najeżona efektami na tle marszowego rytmu, a teksty utworów w zimny i inteligentny sposób opisują wcale nie tak odległą od dzisiejszej rzeczywistość. Warto dodać, że na OFFie wystąpili w innym składzie – oprócz oryginalnych członków grupy, czyli Artura Hajdasza na perkusji i Piotra Pawłowskiego na gitarze basowej, muzykom towarzyszył skład zespołu The Shipyard (Pawłowski gra zresztą w obu grupach), z tym że perkusję na gitarę zamienił w tym przypadku Michał Młyniec. I to był strzał w dziesiątkę. Nie dość, że w twórczości The Shipyard przebrzmiewają echa takiego zimnofalowego grania, to jeszcze wokal Rafała Jurewicza, jego prezencja sceniczna (curtisowy taniec to było coś pięknego), a także popisy gitarowe Młyńca, a przede wszystkim żyjącego efektami gitarowymi Michała Miegonia nie tylko odtworzyły, ale i dopełniły zaprezentowany materiał dodatkową energią. Cieszył też prawie zerowy kontakt z publiką, co tylko pozwoliło bardziej skupić się na muzyce – utwory takie jak „Ja myślę”, „To tylko kobieta” czy „Oto wasz program” zabrzmiały z jeszcze większą werwą i przesłaniem. Mam nadzieję, że to nie był jedyny okolicznościowy występ tej grupy, jaką dane mi było zobaczyć, a jeśli tak, to dzięki Ci OFFie za taką możliwość.

dav

Kwadrofonik i Artur Rojek grają „Symfonię Przemysłową nr 1” – czyli jak zaczarować, wydawałoby się, zupełnie nieprzystającym zarówno pod względem formy jak i treści repertuarem ogromną rzeszę festiwalowiczów i pozostać w ich głowach na długo. Jeszcze do samego koncertu, pomimo opisu projektu na stronie i zapoznaniem się ze ścieżką audio z musicalu „Industrial Symphony No 1” nie wiedziałem, jak można by ten materiał ugryźć na żywo. Bardzo cieszyło mnie jednak to, że po raz kolejny na OFFie będziemy mieli do czynienia z jakimś odłamkiem twórczości Lyncha (jak 2 lata temu gdy Xiu Xiu grało swoją wersję soundtracku do „Twin Peaks”, a dodatkowo na tegorocznej edycji mogliśmy zobaczyć duet Hexa i ich ścieżkę dźwiękową do wystawy reżysera pt. „Factory Photographs”). Obawy były też o to, jak zabrzmi ścieżka wokalna, którą w oryginale wykonuje Julee Cruise, wokalistka o bardzo charakterystycznej barwie. Wszystkie te obawy były jednak niepotrzebne i choć odczułem, że w jakimś stopniu koncert ten stanowi próbę generalną przed trasą koncertową z tym samym materiałem, która ma ruszyć jeszcze w tym roku, to sprowadzanie występu do eksperymentu nad publiką byłoby dużym nadużyciem. Przede wszystkim zaskakiwała forma – muzycy Kwadrofonik grali materiał na tle wyświetlanego musicalu i oprócz partii wykonywanych na żywo, mogliśmy usłyszeć także dialogi, dźwięki samej fabryki, których przecież pełne jest to widowisko i które stanowią jego nieodzowną część. I te leciały już z taśmy. Co do wokalu – Artur Rojek wyglądał na bardzo wyciszonego, może nawet i stremowanego, ale jego głos zabrzmiał tego dnia idealnie. Jego partie brzmiały niemal identycznie niczym te z oryginału, a jednocześnie potrafił przemycić w tym wszystkim własną wrażliwość i autorski sznyt. To dziwne połączenie filmu i koncertu, wymagał od publiki bardzo dużego skupienia i tego też nie zabrakło, a przecież zniecierpliwienie ludzi, bądź inne oczekiwania co do tego, czego mogli się spodziewać, mogły zabić ten występ. To poszanowanie odbiorców dla twórców i materiału źródłowego było widoczne szczególnie podczas pewnych usterek technicznych, gdzie przez kilka minut trzeba było czekać na przewinięcie taśmy z filmem, bo zaczęła się ona rozjeżdżać z odsłuchem. Oprócz okazjonalnych żartów (Robert – nie łam się!) wszyscy grzecznie czekali na dalszy ciąg spektaklu. Zbiorowe zauroczenie, jak nic.

mde

Ponadto warto wyróżnić Mitch & Mitch, czyli jak swoją wszechstronnością i luzem zarazić publiczność dobrym humorem i to pomimo dość popowego repertuaru (ale brzmieli świetnie); Circuit des Yeux wraz z niesamowitym, przeszywającym wokalem filigranowej Haley Fohr; grający na dwie perkusje, całkowicie odjazdowi w pozytywnym tego słowa znaczeniu Thee Oh Sees; absolutnie nieznośno głośni, a jednocześnie tak bardzo interesujący, jakby nie starzejący się This Is Not This Heat; kompletnie pijana Jennifer Herrema z Royal Trux, wywołująca uśmiechy politowania i rozbawienia wśród kilkorga ludzi z przodu widowni (swoją drogą ciekawe jest to, że w każdej relacji jej stan został pominięty – dlatego czuję się w obowiązku o tym wspomnieć). Nie zapominając o PJ Harvey, mocno skupionej i poważnej, występującej w pięknej scenografii z ciekawie przearanżowanymi na dęciaki utworami (głównie) z ostatniej płyty; spowita oparami mistycyzmu i kadzidła Phurpa; czy rozbrajająco nieśmiała, jakby sama nie wierzyła w swoje świetne kompozycje Frankie Cosmos oraz Kornel Kovacs, którego set potrafił wyciągnąć człowieka z nawet największego kryzysu energetycznego, bo do tego po prostu nie dało się nie tańczyć.

sdr

Podsumowując można zadać pytanie – dla kogo w ogóle jest ten OFF? Śmiało odpowiedziałbym, że dla każdego, kto szuka w muzyce muzyki i nie boi się wyzwań, nie słucha tylko tego, co zna i jest otwarty na pewne eksperymenty w ramach muzycznych doznań. Dzięki świetnej organizacji, atmosfery i niezwykle otwartym ludziom muzyka jest tym, na czym można w pełni skupić swą uwagę. I to w dowolnej formie – czy rozkręcając pogo pod sceną, czy stojąc kilka rzędów od muzyków i w pełnym skupieniu odkrywając kolejne warstwy dźwięków, od nich płynących czy też odpoczywając na kocyku w pięknych okolicznościach przyrody. Brzmi trochę kiczowato i marzycielsko, ale OFF dla wielu to taki weekendowy sen, z którego nie chcieliby się budzić. W końcu jednak trzeba wrócić z niego na ziemię, chociaż dzięki tej krótkiej, muzycznej drzemce, energii może wystarczyć na cały kolejny rok.

mde

Reklamy