Truthsayer to podróż w sam środek ludzkich lęków i koszmarów. Te dźwięki potrafią przerazić, potrafią też od siebie uzależnić. Są jak piękny staw pośród leśnej polany, który okazuje się być brzydkim, podstępnym bagnem. To słodki śpiew ptaków, który wraz z zachodem słońca zamienia się w złowrogie pohukiwania sów. Żadna z tego weekendowa wycieczka. Prędzej walka o życie.

Muzyka stworzona przez Rites of Fall może kojarzyć się z Forest Swords i pewnie nieraz będzie do projektu Matthew Barnesa porównywana. To jednak tylko wierzchnia warstwa. Kiedy już się z nią oswoimy, do głowy zaczynają napływać zupełnie inne obrazy. I nie są to malowane akwarelą, wycyzelowane i powalające pięknem panoramy. To koszmary ubrane w postać ciemnego, ponurego i kipiącego nieopisanym złem lasu.

Truthsayer to tylko, albo aż, cztery utwory. Każdy z nich działa niejako w innym wymiarze, ale wszystkie są ze sobą splątane. Eden (Last Days) ma w sobie najwięcej przestrzeni. Dopiero wkraczamy do tego złożonego i nieprzyjemnego świata. Gdzieś w tle słyszymy niepokojące nawoływania, elektroniczna magma zalewa nas z każdej strony, coraz głośniejszy beat nie daje o sobie zapomnieć, ale z tego wszystkiego da się wygrzebać ten jeden, prowadzący nas za rękę i budzący przyjemne uczucia, syntezatorowy motyw. Nie łudźmy się jednak, bo to ostatnie podrygi tego rajskiego świata.

Corpus Resonanticum uderza w inne rejony. Natura jest rozedrgana, niespokojna i wydaje się przygotowywać do ataku. Złowieszczo przesterowany kontrabas zwiastuje nadejście czegoś jeszcze bardziej przerażającego. Następuje cisza, po której pojawia się hipnotyzujący i mogący kojarzyć się z Suspirią motyw. Head of the Snake stanowi bezpośrednią, dźwiękową kontynuację poprzedniego. Jego struktura jest jednak zgoła inna: rozwija się powoli, dokładając do elektronicznych pasaży i przetworzonego klarnetu kolejne, podbite basem dźwięki, by w finale zamienić się w noise’ową, dźwiękową zagładę.

Zamykający to 23-minutowe wydawnictwo utwór tytułowy zwodzi nas swoim niemal kontemplacyjnym podkładem, ale my już wiemy, z czym się to wiąże. Niebezpieczeństwo wcale nie zostało zażegnane, o czym przypominają nam odzywające się w tle hałaśliwe pogłosy. Całość ma mocno syntezatorowy i w pewnych momentach futurystyczny posmak. Nie wiem jednak, czy to zapowiedź wyjścia, czy tego, że w przyszłości ten horror będzie mieć swój ciąg dalszy. I jakkolwiek to nie zabrzmi, to oby przeważyła opcja druga, bo jeśli Rites of Fall wywołuje tyle emocji w tak krótkim czasie, to co dopiero, gdy wyda pełnoprawny album?

A po całość zapraszam na Bandcampa.

Reklamy