To nie będzie długi tekst. Na blogu, jak i na prowadzonym przez siebie fanpage’u, staram się promować ciekawą muzykę, która warta jest przesłuchania i poznania. Szkoda mi więc czasu, miejsca i wysiłku, by coś mieszać z błotem i krytykować. Niestety o wczorajszym koncercie The Sisters of Mercy w gdańskim klubie B90 nie da się powiedzieć niczego dobrego. Po co więc w ogóle o tym wspominam? Może dlatego, by przy kolejnej zapowiedzi występów tego zespołu w Polsce przestrzec tych niezdecydowanych, którzy trafią na ten tekst. Zresztą po wczorajszym wieczorze ciężko bym udawał, że wspaniale się bawiłem i chwalił grupę za to, co pokazali na scenie, a typem milczka też nie jestem.

Zacznijmy jednak od pozytywów. Oczywiście organizacja klubu B90 była jak zawsze bez zarzutu. Kto pojawił się wcześniej, wszedł praktycznie z marszu i kolejki pojawiły się dopiero po godzinie 20, a i tak nie były tak duże. Tak samo dobrze wyglądało to przy barze i tutaj też długiego czasu oczekiwania na napoje nie było.

Teraz warto byłoby opisać jak prezentowało się nagłośnienie, ale naprawdę nie wiem jak do tego podejść. Moim zdaniem klub nie zawinił w żadnym aspekcie i tyczy się to też powyższego. Uważam tak, bo koncert supportującego The Membranes był naprawdę dobrze nagłośniony, wyraźny, było słychać każdy z instrumentów oraz wokal – czyli tak, jak przyzwyczaiło nas do tego B90. A że na The Sisters of Mercy dostaliśmy niezjadliwą, muzyczną pulpę, gdzie wszystko zlewało się w jeden dźwięk, gdzie bardziej słyszalny od wokalisty był ktoś, kto akurat odezwał się do kolegi pięć rzędów przed/za nami? Za to możemy podziękować samemu zespołowi przybyłemu z własnym technicznym, który paradoksalnie, też dobrze wykonał swoją robotę. Ja tę sytuację zrozumiałem tak, że zespół chciał tak zabrzmieć, próbując ukryć wszystkie swoje braki techniczne, aranżacyjne i przede wszystkim wokalne. Andrew Eldritch był kompletnie niesłyszalny i nie wydaje mi się, by to był przypadek. On po prostu nie daje sobie rady ze śpiewaniem, więc musi kryć się za innymi dźwiękami. Dość zabawne (aczkolwiek to raczej śmiech przez łzy) jest fakt, że gitarzystę, który w teorii odpowiada za drugi wokal bądź chórki, słychać było trzy razy głośniej od wokalisty. Czy ktoś dał się nabrać na ten niezwykle „sprytny” fortel Eldritcha?

Muzycznie może i mieliśmy do czynienia z największymi przebojami grupy, ale co z tego, jak większość z nich była odgrywana w bardzo dużej części z laptopa, a zresztą nawet z jego pomocą czasami bardzo trudno było rozpoznać dany kawałek. Lubicie ten mięsisty bas, nadający tak dużo mrocznego klimatu twórczości grupy, prawda? No to o nim zapomnijcie, bo na żywo basisty nie było w ogóle, a partie zagrane z komputera brzmiały jak jakiś żart. Gitary do przodu i jakoś to będzie. Tak właśnie to wyglądało. I najlepiej jeszcze na stojąco, bo po co komuś jakikolwiek ruch sceniczny.

sof 2

OK, nie pastwię się już więcej, bo nie widzę w tym sensu. Najbardziej jednak szkoda mi było tego, że po każdym tak słabym wykonaniu, zespół dostawał burzę oklasków. I to również od tych niezadowolonych. Najpierw słyszę kogoś stojącego obok, mówiącego w dość niecenzuralny sposób jak źle to wszystko brzmi i jak fatalny jest to koncert, a zaraz ta sama osoba, pomiędzy jednym kawałkiem a drugim, zdziera gardło i bije soczyste brawa. Nie twierdzę, że tak robił każdy, bo dużo osób krążyło po klubie, zawitało na bar czy wychodziło w trakcie samego występu na zewnątrz lub stało założonymi rękoma (jak niżej podpisany), ale chyba odkryłem już sekret „sukcesu” obecnego wcielenia The Sisters of Mercy. Tymi brawami, aplauzem i aprobatą tak dennego koncertu, publika sama daje przyzwolenie i „alibi” grupie do tego, by ta grała właśnie w taki sposób. W końcu skoro biją brawa, to chyba się podoba, prawda? Nie oszukujmy się, że zespół dobrze wie o tym, jak brzmi i na jak mało go stać, ale jeśli odbiór jest tak pozytywny, jak wczoraj, to jeszcze dużo takich koncertów zagra. Naprawdę nie chodzi o gwizdanie czy jakiś wyraz dezaprobaty i pokazywanie, jak bardzo nam się nie podoba, ale nie trzeba też przeginać w drugą stronę. Chyba że komuś naprawdę się podobało, ale wtedy cały ten potok słów wylany w tej relacji nie ma sensu.

Podsumowując – najgorszy koncert cover bandu na jakim byłem i nie polecam nikomu sprawdzać tego na własnej skórze (a raczej na własnym słuchu).

membranes 1

PS: Miałem zacząć od pochwalenia The Membranes, ale jakoś tak skręciłem od razu w kierunku krytyki głównej gwiazdy wieczoru i szkoda mi było wtrącać te kilka pochwał pomiędzy. W każdym bądź razie The Membranes zaskoczyli bardzo pozytywnie – dobry kontakt z publiką, duża radość z gry, niezłe ruchy sceniczne (wywijanie basem) i naprawdę solidny repertuar. Chyba najbardziej podobał mi się utwór Dark Energy, a przynajmniej tak zapowiedział go wokalista/basista John Robb. Długo rozwijająca się kompozycja z mocno zarysowanym basem, budującym misternie klimat mroku i niepokoju z dodatkiem rozpaczy w wokalu i na dokładkę podlane przesterowanymi dźwiękami wydobywającymi się spod palców gitarzysty. Naprawdę warto zobaczyć i posłuchać z płyty tego miksu noise rocka z post-punkiem, posypanego szczyptą Bauhasowego mroku.

Reklamy